english

newsy

luty 2010

« Poprzedni     Następny »
19
02
2010

My już w ośnieżonej Polsce. Ale jeszcze trochę zaległych zdjęć z indyjskiego PKP.

 

train

 

train

 

train

 

train

 

train

 

train

 

train 

18
02
2010

Istambuł. Turcja.


W Istambule przechodzimy małą aklimatyzację za sprawą grupki Polaków z Wybrzeża. Swojska ekipa prześladuje nas już od Mumbaju, a teraz okupuje sąsiedni stolik zastanawiając się (o 10 rano), czy “nie zrobić flaszki pod stołem”.


Tak więc jesteśmy na bieżąco. Uszy więdną. Przypomnieliśmy sobie wszystkie polskie przekleństwa. O dziwo wciąż najpopularniejsze są “kurwa” oraz “wjebiesz kebaba, kochanie?” (to ostatnie wymawiane z dużą dozą czułości).


No tak. Być w Istambule i nie zaliczyć kebaba? Tak więc kochani “kurwa” wracamy!


17
02
2010

Mumbai. Indie.


Dziś przyszedł e-mail:


Witam,

Decyzją Jurora kategorii Podróże i szeroki świat pana Marka Kalmusa blog www.wpodrozy.com otrzymał dodatkowe wyróżnienie w kategorii Podróże i szeroki świat w konkursie Blog Roku 2009.

Wyróżnienie to jest :


"za barwne i pełne dowcipu teksty oraz świetne zdjęcia"


Z wyróżnieniem nie wiąże się żadna nagroda rzeczowa, a jedynie wskazanie bloga w serwisie Konkursowym


Serdecznie gratuluję tego wyróżnienia.


Pozdrawiam serdecznie

Dorota Szostek-Rejowska

Koordynator Konkursu Blog Roku 2009


Za wyrożnienie dziękujemy. Od początku staraliśmy się, aby teksty były z nutką dramatu, a wyszła komedia. W sumie w Azji zabawnie było. Było, bo jesteśmy na lotnisku w Mumbaju. A już jutro przelecimy nad zatoką Bosforską i znajdziemy się w europejskiej części Turcji. Tym samym uważamy “never-ending-trip vol.1 – Azja 2008-2010” za zakończony!


Wam dziękujemy za głosy i gratulujemy zwycięzcom.

15
02
2010

Old Goa. Indie.


Opowiadali o nich wszyscy, którzy Indie dobrze znają. A to była nasza ostatnia noc w hotelu, bo jutro śpimy u naszego couchsurfingowego znajomego w Mumbaju. Byłem pewien, że nic złego nas już nie spotka. Oczywiście sprwdziłem pokój. Czysta pościel i zapach chemii przekonał mnie, że ten duży turystyczny hotel zwany rezydencją w Old Goa ma nawet pralnię chemiczną.


W nocy zamieniłem się nawet z Rafałem swoją połową łóżka, by być bliżej okna i zasnąłem snem sprawiedliwego. W nocy obudziło mnie swędzenie. Nogi, ręce, wszystko swędzi. Komary, myślę sobie, bo w oknach nie ma moskitier. Ale przecież zapaliliśmy elektrycznego moskitokillera.


Leżę jeszcze chwilę zastanawiając się czy nie zamknąć tego okna, ale przecież się udusimy. Myślę o Old Goa, mieście, które w średniowieczu przewyższało liczebnie Paryż i Londyn, a pewnego dnia wyludniało i opustoszało zdziesiątkowane przez malarię i cholerę. Cholera mi nie grozi, ale malaria ...


Zamykam okno i zapalam światło. Komarów ani śladu. Ja za to cały w bąbalach. Czerwone opuchlizny o średnicy pięciu centymetrów pokrywają całe moje ciało. Mały palec w prawej ręce mam tak pogryziony, że nie mogę nim nawet poruszyć.


Budzę Rafała, a ten nie ma ani jednego bąbelka. Co jest grane? Czyżby to one? Żywa legenda indyjskich łóżek? Udało nam się unikać obcych przez kilka miesięcy w tym kraju, a w ostatnią noc taki atak? I dlaczego wybrały tylko mnie aby potwierdzić swoje istnienie?


Oglądamy prześcieradło, materac. Nic nie widać. Smaruję się płynem przeciwko komarom i próbuję zasnąć. Na szczęście mamy pociąg rano więc wstajemy o piątej. Palec nadal spuchnięty, plus jeszcze kilka nowych śladów na ciele. Obcy atakują! Staję przed lustrem. Opuchlizna na pół czoła. Dwa ugryzienia. Sam wyglądam jak obcy ...


ps. Imienia obcego nie należy wymawiać na głos. Obcy może zaatakować wszędzie. Na szczęście w mroźnej Polsce nam to nie grozi. Byle do Polski, byle do czwartku ...

14
02
2010

valentines
 
10
02
2010

Goa. Indie.


Gdy zaczynaliśmy podróż musieliśmy znaleźć rodzinę zastępczą dla naszych kocurów Jasia i Stasia. Udało się, choć dawno od nich żadnych wieści nie było, ale mamy nadzieję, że mają się dobrze. Bo koty przywiązują się do miejsca, a nie do człowieka.


W lutym 2008 nasza couchsurfingowa znajoma zostawiła nam pod opieką swoje mieszkanie w Kantonie. I bynajmniej nie chodziło o podlewanie kwiatków. Kotów było osiem, wchodziły i wychodziły z domu, i wcale się nie przejmowały, że zamiast właścicielki w mieszkaniu zadomowiło się dwóch panów.


Trochę się martwiliśmy, że po powrocie Zoe okaże się, że jakiegoś kota brakuje. Stado było nie do ogarnięcia i w dodatku rzadko się zdarzało by wszystkie koty były w jednym czasie w domu. Gdy nasza przyjaciółka wróciła doliczyła się 10 kotów. Bynajmniej żadna kotka się nie okociła, dwa nowe koty zaczęły korzystać z darmowej stołówki ...


W Japonii były kawiarnie z kotami. Nie masz własnego kota? Możesz sobie wynająć na godziny. Głaskać go, czesać i karmić. Koty przywiązane do miejsca a nie człowieka, nie mają nic przeciwko.


Goa. Kilka dni przed powrotem do Polski. Błogi nastrój, kolacja z owoców morza, wino i jazz na żywo. Nasze myśli krążą między Azją, w której jeszcze jesteśmy, a Polską, w której będziemy za kilka dni. Rudo-biała kotka pojawia się na kolanach Rafała, wygina się i przymila. Po chwili zwinięta w kłębek zasypia. Zaczynamy ją głaskać, a ona odsłania brzuszek. Czuje się bezpieczna.


W tej chwili przypominamy sobie wszystkie miejsca w Azji. I koty przywiązane do tych miejsc. Zawsze znajdzie się jakiś kot, który chętnie zje resztę ryby ze stołu, który pozwoli się pogłaskać. Dlaczego więc nie wędrować od miejsca do miejsca, nie przywiązując się do żadnego, nie związując się z żadnym kotem na dłużej , aby nie było żal go opuszczać.


Jakaś część nas zostaje wszędzie tam, gdzie byliśmy. Dziś wieczorem, głaskając miejscowego kota wyliczamy ile tych kotów w Azji było. Za kilka dni w domu rodzców Rafała przywita nas Białas, nasz pierwszy kot, który bez problemu zamienił mieszkanie w centrum Poznania na dom z ogrodem w Małopolsce i stał się wytrawnym myśliwym, kotem mordercą. Stracił też ogon. Jak? Nigdy tego nie zdradził. 

07
02
2010

Panjim. Goa. Indie.

 

veg

 

Znam wegetarian z wyboru. Tych, którzy nagle doznali oświecenia i pewnego pięknego dnia stwierdzii, że mięsko nie jest dobre. Największy ubaw miałem, gdy spotykałem takich, którzy zamawiali zupę jarzynową. Wywarek wiadomo, że z kości (bo pachnie mięskiem na kilka metrów), ale wszyscy udajemy, że to total veg.


Kiedyś rozbroiła mnie znajoma oświadczając, że ma post i nie je mięsa. Następnie zaczęła wszystkich namawiać na McDonalda. Ja jej mówię: tu są banany i jogurcik, a ona dalej, że shake i frytki ...


W Indiach są wegetarianie z urodzenia. Hardik ma 21 lat, pochodzi z Gujaratu i jest pure veggie od dziecka (swoją drogą co sobie matka myślała dając dziecku na imię Hard Dick ?!?!? W kraju anglojęzycznym w dodatku). Jest stuprocentowym wegetarianinem, bo nie je nawet jajek.


Chłopak przyznał się jednak, że pół roku temu spróbował już jajek i kurczaka (ktore nawet mu smakowały), ale do ryby się przemóc nie może. Lubi też McDonalda, ale tylko veggie burgery. Pytam, czy chciałby kiedyś spróbować prawdziwego hamburgera z wołowiny, a on na to że przecież w McDonaldzie są tylko kurczaki. No tak, w Indiach, są tylko kurczaki. Uświadomiłem go więc, że na całym świecie przeważają jednak kanapki z wołowiną, na co on zareagował jakbym oświadczył nagle, że ziemia jest płaska.


Na nasze rewelacje na temat wołowiny Hardik opowiedział nam historię o krowach (i też zareagowaliśmy jak gdyby nagle opowiedział nam, że ziemia jast płaska). W niektórych świątyniach hinduistycznych odprawia się ceremonie, podczas których pije się urynę świętych krów.


Nie wiem co gorsze, wołowy stek, czy krowia uryna raz do roku?

 

goa

 

05
02
2010

Somewhere in India.

 

urinate

01
02
2010

Vagator. Goa. Indie.

 

two of us

 

Minęły właśnie dwa lata naszej podróży i należałoby napisać jakiś mądry tekst z tej okazji. Metaforę o żaglowcu zawijającym do portów, albo przynajmniej wyliczankę tego, co zobaczyliśmy w tym czasie. Ale nie o zaliczanie i nie o bicie rekordów nam chodzi.


To może opowiedzieć jak to wszystko się zaczęło. Zaczęło się w wannie w Poznaniu. Taki pomysł wypowiedziany na głos. Dlaczego nie zrealizować już teraz tego, czego realizację chcieliśmy odłożyć do emerytury albo wygranej w totka. Jak widać udało się.


Na szczęście nie muszę streszczać co przez te dwa lata robiliśmy, bo to wszystko znajdziecie w blogu. 24 miesiące do przeglądniecia (jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił – polecam).


Na pewno nam się nie znudziło. Nie wyobrażamy sobie osiadłego trybu życia. Czy tak nam zostanie aż do emerytury? Nie wiemy.


A co teraz? Na chwilę zawitamy do Polski (z czego bardzo się cieszymy). Mamy nadzieję, że się lekko ociepli, bo minus dwadzieścia to będzie dla nas ekstremalne przeżycie. Ale na wszelki wypadek zostawiliśmy sobie polarowe wdzianka, które kupiliśmy w Nepalu.


A potem wielka niewiadoma, czyli Australia i Oceania. Będziemy się sami mogli przekonać jak tam jest. Co myślą tam ludzie i jak bardzo się od nas różnią.


Ale kiedyś na pewno zasłużymy sobie na spokojną emeryturę od podróżowania. Wtedy ze spokojem odwrócimy się za siebie, nie będziemy musieli nigdzie gnać, bo pewnie nie będzie się nam już chciało. I tym sposobem w jakiejś bambusowej chatce nad brzegiem oceanu będziemy pędzić spokojny żywot staruszków bez obaw, że nie zrealizujemy swoich marzeń (albo żalu, że jest już na to za późno).


Zostały nam dwa ostatnie tygodnie wakacji w Azji. Dziwne uczucie. Postanowiliśmy też zrobić sobie małe wakacje od internetu, komputera i naszego bloga. W końcu przez dwa lata pisaliśmy regularnie. Wszystko uzupełnimy po 18 lutym.


Z Indii wracamy przez Istambuł, czyli miejsce w którym przebiega umowna granica Europy i Azji. 18 lutego lądujemy w Warszawie. Wiemy, że już się uformował mały komitet powitalny. Andriej, który obiecał nas odebrać, Zespół Pieśni i Tańca Mazowsze, chlep, sól i kamery TV :)


W marcu odwiedzimy Warszawę, Kraków i Poznań.


BARDZO PROSIMY WSZYSTKICH ZNAJOMYCH O PRZESŁANIE NAM E-MAILEM SWOICH NUMERÓW TELEFONÓW. W Azji zgubiliśmy dwie komórki i teraz nie mamy żadnych numerów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

onet

 

http://www.blogroku.pl/wpodrozy,gw96t,blog.html 

 

 

 

 

 

⇑ do góry